[..]
-Znajdą nas i tak tutaj, możliwe że są w drodze...-wymamrotałam.
-Wiem...ale powspominać wartko...Nawet te najgorsze wspomnienia...-odparł
Pocałowałam go w policzek.Udaliśmy się dalej.Po krótkim spacerku wróciliśmy to chatki.Zaniepokoiłam się widząc uchylone drzwi.Dzięki swojemu wilczemu zmysłowi wyczułam wroga.
-Nie idźmy tam..zawróćmy .....
-Czemu?-zapytał
Bez zastanowienia się chwyciłam go za rękę i zaczęłam biec, on za mną.Przebiegliśmy półtorej kilometra..dalej nie mogłam.Przeszył mnie ból złamanych żeber i rany.
-Musimy uciekać...zabiją ciebie i mnie...-powiedziałam zdyszana starając się nie zdradzić bólu , który przeszywał mnie.
-Alice...Uciekaj...Zostaw mnie...
-Nie..nie pozwolę ci...nie ma takiej opcji...Zginiemy obydwoje... -odparłam.Przytulił mnie.
-Gdzie uciekniemy?Znajdą nas tak czy siak..
-Ale szef jest martwy..
-Zastępca szefa też istnieje..teraz on chce nas zabić by nie wygadać policji o tym wszystkim.
-Wiem kto nam pomoże...-wyrwałam się z jego objęć delikatnie i niezbyt szybko.Teleportowaliśmy się do pewnej czarownicy , która pomogła by nam. Znaleźliśmy się przez bramami miasta "Karivanum" - "mieście czarownic". Gruby mur otaczał miasto tak jak i fosa,która nie była płytka,a w niej pływały takie sobie potwory mające za zadanie pożerać ludzi.Most był szeroki zrobiony z belek drewna , a brama wysoka zrobiona z ciężkiego żelaza .Przy niej stało dwóch strażników ubranych w czarne płaszcze z mieczem i tarczą ,która miała herb trzech czarnych smoków na czerwonym tle.Szliśmy mostem, zbliżyliśmy się do strażników.
-Kim jesteście? -podszedł do nas jeden.
-Alice..A cha..Jest może Anabella w mieście?
-Tak..Ale ma wyjeżdżać..Więc jak coś to się streszczaj....-odparł
-Dzięki Miki...-uśmiechnęłam się
-Co?Ale skąd ty....
-Jak możesz mnie nie pamiętać? -zapytałam.-Na serio masz zeprany mózg. -westchnęłam.
Miki stuknął mieczem trzy razy w żelazną bramę, która powoli unosiła się do góry.Na jej końcu były ostre końce (podobne do zakończenia strzał). Ukazało się nam wszechstronne miasto...Zapach ziół, eliksirów, strasznie starej czarownicy,która nie myła się chyba od ponad roku..Ych..Czuć było ją od wejścia...Droga zrobiona z kostki brukowej, domy z kamienia . Ratusz był pośrodku miasteczka.Wielki i okazały budynek. Wyróżniał się kolorem czarnym.Wszystkie pozostałem domeczki mieszkańców są koloru kamieni, niekiedy trafi się na kamienie białe..Czyli domy czarowników-uzdrowicieli... Szliśmy spokojnie.Nick szedł obok mnie. Doszliśmy do jednego z tych "białych domków" .Zapukałam melodycznie trzy razy. W drzwiach pojawił się Chris.
-O cześć Alice...Z kim to przybyłaś?-zapytał z uśmiechem.
-To mój chłopak Nick...Musisz nam pomóc.. .I mi przy okazji... -uśmiechnęłam się.
-Jasne jasne..Wejdźcie..-wpuścił nas , weszliśmy i ukazał nam się niesamowicie pięknie wystrojony salon.Dokładnie to w tym domku są cztery pomieszczenia na górze i dwa na dole.
-Pokaż się...-dodał.-Złamane dwa zebra o..i fart..coś ostrego ominęło serce...Podajże miecz, sądząc po gładkim cięciu...Ale widać że był to ktoś nieudolny.Jaki idiota w ten sposób atakuje?!-oburzył się widząc moją ranę.
-A taki jeden....-odpowiedział Nick.
-Ych....Dobra...Alice Połóż się...Ja idę po eliksiry i zioła...Magia też się przyda...-dodał i zniknął w drugim pomieszczeniu.
C.D.N.
niedziela, 6 kwietnia 2014
sobota, 5 kwietnia 2014
Od Alice - Wspomnienia part 2
[..]
Poczułam ból, który zaszył mnie od tyłu...W ustach poczułam smak krwi... Odwróciłam się i zobaczyłam nindże, który był wyższy ode mnie i miał czarne jak noc oczy....Miecz nie trafił w serce...Na farta....Zmieniłam się w wilka i wyskoczyłam zza krzaków....Miecz świsnął w powietrzu nad Nick'iem .Z rozpędu rzuciłam się na szefa mimo tego że krwawiłam...Wgryzłam się w szyję...Ten drugi co mnie zaatakował pobiegł w mą stronę , jego oczy momentalnie zmieniły się w czerwone...To na bank był demon..Nick wstał , wyciągnął swój miecz i przebił napastnika na wylot,chociaż jemu to nie przeszkadzało i tak starał się mnie zabić..Szef konał , śmierć była mu pisana..
-Alice...chodź..szybko...-usłyszałam mojego chłopaka....Stałam jak słup , ból w klatce nasilał się , a ja słabłam. Zebrałam resztki sił, przemieniłam się w człowieka..Upadłam na kolana, nie miałam już ani drobinę siły by wstać...Nic wziął mnie i pobiegł do lasu.
-Zostaw mnie...uciekaj..-wymamrotałam , krew zalewała mi usta
-Nie..nie zostawię cie....-dobiegł do jakieś chatki..Dalej nic nie pamiętałam.Straciłam przytomność.
Myślałam , że nie żyję, nie czułam nic, nawet bólu.Zobaczyłam ciemny korytarz a na samym końcu niesamowicie jasne światło, które biło pięknym blaskiem bieli. Biegłam, nie czułam bólu i krwi w ustach... Biegłam ale nie byłam bliżej....Koniec był bardzo daleko....Nie poddawałam się...Nagle poczułam wiatr na mojej twarzy, nasilał się.Wiał mocniej i mocniej aż zdmuchnął mnie i spadałam w czarną otchłań bez końca. Zerwałam się i obudziłam w jakimś pokoju...Zauważyłam miskę z wodą , a raczej krwią .., koło niej leżała szmatka....Pokój był niewielki, okna , drzwi , szafeczki....Możliwe że tutaj mieszkała jakaś czarownica. Wstając zobaczyłam czarne plamki wraz z bólem w klatce..Odruchowo siadłam..Cała klatka piersiowa była zabandażowana, na sobie miałam jedynie rozpiętą koszulkę, którą zapięłam.(Majtki miałam! ) Wzięłam kilka głębokich oddechów, wstałam ponownie, podeszłam do okna i odsłoniłam zasłonę, promienie słoneczne delikatnie padały na moją twarz...
Usłyszałam kroki i jak ktoś powoli naciska klamkę , odwróciłam się , do pokoju powoli wchodził Nick.Uśmiechnął się , zamknął drzwi .
-Obudziła się śpiąca królewna... -podszedł do mnie i objął mnie.
-Mhm...Jak długo byłam nie przytomna?-zapytałam.
-Z jakieś 3 tygodnie....
-Ałć...-odsunęłam się powoli od niego i złapałam za ranę..
-No i masz złamane dwa żebra, na farta nie przebiły serca ..
-Jakim cudem złamane?
-Normalnym kochanie, wystarczyło że tamten wbił miecz nie tak jak trzeba..I dlatego nie trafił w serce..
-Dziękuję.....
-Nie dziękuj...Połóż się...musisz się wyleczyć..
-Nie mogę..-odparłam.
-Chcesz się gdzieś przejść?-zapytał.
-Dokładnie...-uśmiechnęłam się..
Wyszliśmy z chatki, teraz dokładniej ją widziałam..Była średnia, porośnięta bluszczem i śliczna. Skądś ją znałam.
Szliśmy chwilę lasem wtem ujrzałam rzekę która rozdzielała las.Promyki słońca przedostawały się przez liście drzew a sosny dawały cień.
-Wiesz gdzie jesteśmy?-zapytał
-Hm...Kojarzę to miejsce...a najbardziej te drzewo zza rzeką..>Ale jak to miejsce się nazywa..-zamyśliłam się.
-Nigerio... Prze teleportowałem nas stamtąd...Wiesz...zabili by ...
-Tak wiem..-wtrąciłam mu się w zdanie..Nie chciałam tego słuchać.Przytuliłam się delikatnie do niego.
C.D.N.
Poczułam ból, który zaszył mnie od tyłu...W ustach poczułam smak krwi... Odwróciłam się i zobaczyłam nindże, który był wyższy ode mnie i miał czarne jak noc oczy....Miecz nie trafił w serce...Na farta....Zmieniłam się w wilka i wyskoczyłam zza krzaków....Miecz świsnął w powietrzu nad Nick'iem .Z rozpędu rzuciłam się na szefa mimo tego że krwawiłam...Wgryzłam się w szyję...Ten drugi co mnie zaatakował pobiegł w mą stronę , jego oczy momentalnie zmieniły się w czerwone...To na bank był demon..Nick wstał , wyciągnął swój miecz i przebił napastnika na wylot,chociaż jemu to nie przeszkadzało i tak starał się mnie zabić..Szef konał , śmierć była mu pisana..
-Alice...chodź..szybko...-usłyszałam mojego chłopaka....Stałam jak słup , ból w klatce nasilał się , a ja słabłam. Zebrałam resztki sił, przemieniłam się w człowieka..Upadłam na kolana, nie miałam już ani drobinę siły by wstać...Nic wziął mnie i pobiegł do lasu.
-Zostaw mnie...uciekaj..-wymamrotałam , krew zalewała mi usta
-Nie..nie zostawię cie....-dobiegł do jakieś chatki..Dalej nic nie pamiętałam.Straciłam przytomność.
Myślałam , że nie żyję, nie czułam nic, nawet bólu.Zobaczyłam ciemny korytarz a na samym końcu niesamowicie jasne światło, które biło pięknym blaskiem bieli. Biegłam, nie czułam bólu i krwi w ustach... Biegłam ale nie byłam bliżej....Koniec był bardzo daleko....Nie poddawałam się...Nagle poczułam wiatr na mojej twarzy, nasilał się.Wiał mocniej i mocniej aż zdmuchnął mnie i spadałam w czarną otchłań bez końca. Zerwałam się i obudziłam w jakimś pokoju...Zauważyłam miskę z wodą , a raczej krwią .., koło niej leżała szmatka....Pokój był niewielki, okna , drzwi , szafeczki....Możliwe że tutaj mieszkała jakaś czarownica. Wstając zobaczyłam czarne plamki wraz z bólem w klatce..Odruchowo siadłam..Cała klatka piersiowa była zabandażowana, na sobie miałam jedynie rozpiętą koszulkę, którą zapięłam.(Majtki miałam! ) Wzięłam kilka głębokich oddechów, wstałam ponownie, podeszłam do okna i odsłoniłam zasłonę, promienie słoneczne delikatnie padały na moją twarz...
Usłyszałam kroki i jak ktoś powoli naciska klamkę , odwróciłam się , do pokoju powoli wchodził Nick.Uśmiechnął się , zamknął drzwi .
-Obudziła się śpiąca królewna... -podszedł do mnie i objął mnie.
-Mhm...Jak długo byłam nie przytomna?-zapytałam.
-Z jakieś 3 tygodnie....
-Ałć...-odsunęłam się powoli od niego i złapałam za ranę..
-No i masz złamane dwa żebra, na farta nie przebiły serca ..
-Jakim cudem złamane?
-Normalnym kochanie, wystarczyło że tamten wbił miecz nie tak jak trzeba..I dlatego nie trafił w serce..
-Dziękuję.....
-Nie dziękuj...Połóż się...musisz się wyleczyć..
-Nie mogę..-odparłam.
-Chcesz się gdzieś przejść?-zapytał.
-Dokładnie...-uśmiechnęłam się..
Wyszliśmy z chatki, teraz dokładniej ją widziałam..Była średnia, porośnięta bluszczem i śliczna. Skądś ją znałam.
Szliśmy chwilę lasem wtem ujrzałam rzekę która rozdzielała las.Promyki słońca przedostawały się przez liście drzew a sosny dawały cień.
-Wiesz gdzie jesteśmy?-zapytał
-Hm...Kojarzę to miejsce...a najbardziej te drzewo zza rzeką..>Ale jak to miejsce się nazywa..-zamyśliłam się.
-Nigerio... Prze teleportowałem nas stamtąd...Wiesz...zabili by ...
-Tak wiem..-wtrąciłam mu się w zdanie..Nie chciałam tego słuchać.Przytuliłam się delikatnie do niego.
C.D.N.
czwartek, 3 kwietnia 2014
Od Lucy - " Wspomnienia"
Chłodny wiatry doprowadził do tego że zachorowałam. Miałam 13 lat i ani jednej osoby na której mogła bym polegać. Opatulona swoją przymałą kołdrą spałam w jakiejś stodole gdyż innego miejsca nie znalazłam. Zbudziło mnie jaskrawe światło. Niechętnie otworzyłam oczy. Zobaczyłam kobietę i mężczyznę. Kobieta była dość ładna. Duża okrągła twarz okryta drobnymi piegami, dołeczki, piękne szmaragdowe oczy w których odbijało się światło lampy naftowej. Była dość puszysta albo to jej kurtka, futro z norek tak ją przeżyło. Swoje włosy miała schowane pod czapą ale było widać ich kolor, były one bordowe popadające w brąz. Spojrzała na mężczyznę ten nie był najurokliwszy. Jajowata twarz, nos który wglądał jak by był złapany, parę blizn na twarzy. Jego włosy miały parę siwych włosków i były w nieładzie. Oczy miał podkrążone a kolor ich przypominało nocne niebo. Kobieta podeszła do mnie i położyła mi dłoń na czole. Była taka chłodna. Wymierzyli się wzrokami. Mężczyzna podszedł do niej i wziął mnie na ręce. Byłam w połowie przytomna lecz nie wiedziałam gdzie jestem. Na chwile przymknęłam oczy a gdy je otworzyłam leżałam na kanapie przykryta kocem. Koło mnie stała 5 dzieci. Znaczy 2 na pewno była od mnie starsza ale reszta młodsza. Kobieta uśmiechnęła się delikatnie.
-Witaj. Jak masz na imię? -spytała
Spojrzałam na kobietę ale szybko odwróciłam wzrok. Bałam się więc milczałam.
-Mamo dlaczego ona nic nie mówi? -zdziwił się wysoki dziewczęcy głos
-Po prostu się nas wstydzi i boi Lu -powiedziała
Spojrzałam jeszcze raz. Jak by czytała mi w myślach. Chciałam powiedzieć że mam na imię Lucy lecz strach mnie przerażał i paraliżował więc nic nadal nie wykrztusiłam.
-Ma na imię Lucy -powiedział chłopięcy głos -Przeczytałem to w jej myślach mamo
-George mówiłam ci że to niegrzeczne -powiedziała zdenerwowana
-Nie jestem George tylko Fred -powiedział urażony
-Oj przepraszam ale to i tak cię nie upoważnia do zaglądania i podsłuchiwania czyiś myśli -powiedziała
-Mamo masz racje ale tylko tak dowiemy się kim jest -powiedziała -Jak mi pozwolisz to zobaczę jej wspomnienia i...
-George jesteś gorszy od swojego brata -prychnęła zdenerwowana kobieta.
Do pokoju wszedł mężczyzna który mnie tu przyniósł. W rękach trzymał blachę pełną ciastek. Sam aromat pobudził moje kupki smakowe. Burczenie mojego brzucha obiło się o ściany pokoju.
-O, ho, ho. Nasz gość zgłodniał -powiedziała uśmiechnięta kobieta -To znak że gorączka spadła.
-To dobrze bo ciacha same się nie zjedzą -powiedział mężczyzna miał bardzo ciepły i miły głos.
Spojrzałam na wszystkich. Spytałam w myślach "Jak się nazywacie?". Fred od razu się zaśmiał lecz nie widziałam jego twarzy to byłam pewna że pojawił się na jego ustach uśmiech.
-Tak więc Lucy jak byś spojrzała na nas było by mi łatwiej-powiedział
Niechętnie spojrzałam na wszystkich. Fred był rudy i piegowaty podobnie jak jego brat i ojciec, miał błękitne oczy błyszczące niczym diamenty. Obok nich stała dziewczynka mniej więcej mojego wzrostu o włosach swojej matki ale oczach ojca. Koło dziewczyny stały dwa dzieciaczki mające na oko 4 lata. Chłopczyk i dziewczynka o włosach rudych jak marchewki i oczach zielonych jak szmaragdy.
-Tak więc... Ja jestem Fred a ten klon koło mnie to George i mamy po 14 lat. Ta czerwonowłosa koło nas to Clary mająca 12 lat, a te brzdące to Ian i Venia ,one mają po 4 latka więc zgadłaś. Nasza mama nazywa się Jeodelle a nasz ojciec to James. Każdy z nas ma specjalną zdolność na przykład ja czytam w myślach a mój brat za pomocą dotknięcia może przeszukać ci całą pamięć. Clary potrafi latać, Ian posiada super szybkość a Venia za pomocą spojrzenia potrafi pokazać miejsce gdzie chce być bądź miejsce jakie chce zobaczyć bądź chce abyś ty je zobaczyła. Mama włada nad pogodą a ojciec na ogniem, a ty coś potrafisz?-spytał
Skinęłam głową. Skupiłam się na zwiędniętym kwiatku w doniczce. Poruszyłam dłonią a kwiatek ożył. Kosztowało mnie to jednak dużo siły. Chciałam jeszcze pokazać moją przemianę ale pojawiły się mroczki przed moimi oczami i straciłam przytomność... Obudziłam się znów w innym miejscu. W jakimś pokoju lecz czułam się o niebo lepiej. Przeciągnęłam się i wstałam.Na łóżku koło mnie siedziała Clary.
-Pożyczę ci parę ubrań -powiedziała -Dziś mama zrobiła lato więc wiesz...
Skinęłam głową i poszłam za dziewczyną, ta od razu rzuciła mi ubrania ,szczotkę , gumki do włosów i wsuwki. Poszłam do łazienki która chodź na tak dużą rodzinę była pusta. Spokojnie przegrałam się a włosy zaplotłam w dwa warkocze spojrzałam w lustro wyglądałam tak.
Usłyszałam pukanie. Wyszłam z łazienki. Była to tylko Clary lecz jej uśmiech był niebezpieczny.
-Nauczę ciebie grać na fortepianie -powiedziała
Spojrzałam na nią zdziwiona lecz ta tylko chwyciła mnie za dłoń i zaciągnęła do salonu. Usiadła i zaczęła przygrywać piękną melodie. I mi pokazywała wszystko od początku. Łatwo się w tym łapałam. W końcu i sama zaczęłam przygrywać. Clary uśmiechnęła się i pokazała mi jeszcze parę melodi w końcu i za sama zagrałam jedną
Spojrzałam na dziewczynę i w jednym momencie serce mi zakołowało. Upadłam na ziemię i znów zemdlałam lecz gdy się obudziłam byłam na łące koło mnie siedziała nimfa z zapłakanymi oczami. Usiadłam przed nią ta tylko szepnęła "Przepraszam" i zniknęła. Wtedy kiedy mogłam mieć rodzinę znów byłam zdana na siebie. Skupiłam cała moc. Pnąca gałęzie i inne rośliny zaczęły się układać tak jak ja chciałam. Przed mną powstało pianino oraz taborecik. Jedyne co teraz chciałam robić to grać i komponować chodź nie miałam na czym. Po policzkach ściekały mi łzy. W oddali zobaczyłam dym. "Znów to samo" pomyślałam "Znów ci na których mi zależało zmarli". W okół mnie posiadały nimfy i nasłuchiwały melodii. Miałam tylko 13 lat a przeżyłam już tak wiele. Zaczęłam grać
Po skończeniu wybuchłam furią a zarazem jeszcze głośniejszym płaczem. Biegłam przez las prawie potykając się o własne nogi. Dobiegłam do miejsca gdzie był dym. Dom palił się od dobrych paru godzin. Upadłam na kolana i zaczęłam ryczeć. Czemu świat zabierał mi chodź malutką cząstkę nadziei. Wiedziałam że nie mogę się poddać. Wstałam po czym odeszłam jak by nigdy nic lecz w sercu pojawiła się kolejna rana która zamykała mnie w sobie jeszcze bardziej.
THE END
-Witaj. Jak masz na imię? -spytała
Spojrzałam na kobietę ale szybko odwróciłam wzrok. Bałam się więc milczałam.
-Mamo dlaczego ona nic nie mówi? -zdziwił się wysoki dziewczęcy głos
-Po prostu się nas wstydzi i boi Lu -powiedziała
Spojrzałam jeszcze raz. Jak by czytała mi w myślach. Chciałam powiedzieć że mam na imię Lucy lecz strach mnie przerażał i paraliżował więc nic nadal nie wykrztusiłam.
-Ma na imię Lucy -powiedział chłopięcy głos -Przeczytałem to w jej myślach mamo
-George mówiłam ci że to niegrzeczne -powiedziała zdenerwowana
-Nie jestem George tylko Fred -powiedział urażony
-Oj przepraszam ale to i tak cię nie upoważnia do zaglądania i podsłuchiwania czyiś myśli -powiedziała
-Mamo masz racje ale tylko tak dowiemy się kim jest -powiedziała -Jak mi pozwolisz to zobaczę jej wspomnienia i...
-George jesteś gorszy od swojego brata -prychnęła zdenerwowana kobieta.
Do pokoju wszedł mężczyzna który mnie tu przyniósł. W rękach trzymał blachę pełną ciastek. Sam aromat pobudził moje kupki smakowe. Burczenie mojego brzucha obiło się o ściany pokoju.
-O, ho, ho. Nasz gość zgłodniał -powiedziała uśmiechnięta kobieta -To znak że gorączka spadła.
-To dobrze bo ciacha same się nie zjedzą -powiedział mężczyzna miał bardzo ciepły i miły głos.
Spojrzałam na wszystkich. Spytałam w myślach "Jak się nazywacie?". Fred od razu się zaśmiał lecz nie widziałam jego twarzy to byłam pewna że pojawił się na jego ustach uśmiech.
-Tak więc Lucy jak byś spojrzała na nas było by mi łatwiej-powiedział
Niechętnie spojrzałam na wszystkich. Fred był rudy i piegowaty podobnie jak jego brat i ojciec, miał błękitne oczy błyszczące niczym diamenty. Obok nich stała dziewczynka mniej więcej mojego wzrostu o włosach swojej matki ale oczach ojca. Koło dziewczyny stały dwa dzieciaczki mające na oko 4 lata. Chłopczyk i dziewczynka o włosach rudych jak marchewki i oczach zielonych jak szmaragdy.
-Tak więc... Ja jestem Fred a ten klon koło mnie to George i mamy po 14 lat. Ta czerwonowłosa koło nas to Clary mająca 12 lat, a te brzdące to Ian i Venia ,one mają po 4 latka więc zgadłaś. Nasza mama nazywa się Jeodelle a nasz ojciec to James. Każdy z nas ma specjalną zdolność na przykład ja czytam w myślach a mój brat za pomocą dotknięcia może przeszukać ci całą pamięć. Clary potrafi latać, Ian posiada super szybkość a Venia za pomocą spojrzenia potrafi pokazać miejsce gdzie chce być bądź miejsce jakie chce zobaczyć bądź chce abyś ty je zobaczyła. Mama włada nad pogodą a ojciec na ogniem, a ty coś potrafisz?-spytał
Skinęłam głową. Skupiłam się na zwiędniętym kwiatku w doniczce. Poruszyłam dłonią a kwiatek ożył. Kosztowało mnie to jednak dużo siły. Chciałam jeszcze pokazać moją przemianę ale pojawiły się mroczki przed moimi oczami i straciłam przytomność... Obudziłam się znów w innym miejscu. W jakimś pokoju lecz czułam się o niebo lepiej. Przeciągnęłam się i wstałam.Na łóżku koło mnie siedziała Clary.
-Pożyczę ci parę ubrań -powiedziała -Dziś mama zrobiła lato więc wiesz...
Skinęłam głową i poszłam za dziewczyną, ta od razu rzuciła mi ubrania ,szczotkę , gumki do włosów i wsuwki. Poszłam do łazienki która chodź na tak dużą rodzinę była pusta. Spokojnie przegrałam się a włosy zaplotłam w dwa warkocze spojrzałam w lustro wyglądałam tak.

-Nauczę ciebie grać na fortepianie -powiedziała
Spojrzałam na nią zdziwiona lecz ta tylko chwyciła mnie za dłoń i zaciągnęła do salonu. Usiadła i zaczęła przygrywać piękną melodie. I mi pokazywała wszystko od początku. Łatwo się w tym łapałam. W końcu i sama zaczęłam przygrywać. Clary uśmiechnęła się i pokazała mi jeszcze parę melodi w końcu i za sama zagrałam jedną
Spojrzałam na dziewczynę i w jednym momencie serce mi zakołowało. Upadłam na ziemię i znów zemdlałam lecz gdy się obudziłam byłam na łące koło mnie siedziała nimfa z zapłakanymi oczami. Usiadłam przed nią ta tylko szepnęła "Przepraszam" i zniknęła. Wtedy kiedy mogłam mieć rodzinę znów byłam zdana na siebie. Skupiłam cała moc. Pnąca gałęzie i inne rośliny zaczęły się układać tak jak ja chciałam. Przed mną powstało pianino oraz taborecik. Jedyne co teraz chciałam robić to grać i komponować chodź nie miałam na czym. Po policzkach ściekały mi łzy. W oddali zobaczyłam dym. "Znów to samo" pomyślałam "Znów ci na których mi zależało zmarli". W okół mnie posiadały nimfy i nasłuchiwały melodii. Miałam tylko 13 lat a przeżyłam już tak wiele. Zaczęłam grać
Po skończeniu wybuchłam furią a zarazem jeszcze głośniejszym płaczem. Biegłam przez las prawie potykając się o własne nogi. Dobiegłam do miejsca gdzie był dym. Dom palił się od dobrych paru godzin. Upadłam na kolana i zaczęłam ryczeć. Czemu świat zabierał mi chodź malutką cząstkę nadziei. Wiedziałam że nie mogę się poddać. Wstałam po czym odeszłam jak by nigdy nic lecz w sercu pojawiła się kolejna rana która zamykała mnie w sobie jeszcze bardziej.
THE END
Uwaga
Na dokończenie Opowieści z dzieciństwa macie czas do soboty. W niedziele zamykam opowiadania, jak kto ma tak wyjdzie i jest rozpoczęta trzydniowa ankieta.
~Wszystkiego najgorszego/Felix
Od Felix'a - Wspomnienia Part 6
Nie wiem o której godzinie się obudziłem, ani nawet gdzie byłem. Wszystko migotało mi przed oczami jakby to był zły sen. Powoli siadłem. Byłem w pokoju na górze, wszystko pamiętałem jak przez mgłę. Powoli wstałem. Nikogo nie było. Byłem w ubraniu więc po prostu zszedłem schodami na dół. Na górze nikogo nie było. Chciałem zapalić światło na dole, ale gdy zaczęło mnie ślepić zaraz je zgasiłem, zresztą dużo lepiej widziałem w ciemnościach. Dziwne, wcześniej widziałem tak jedynie jako wilk.
- Teraz musisz bardziej uważać na światło - usłyszałem szept Victorii przy moim uchu, ale nie wystraszył mnie zbytnio.
Kiwnąłem nieco nieprzytomnie głową. Nasunęła mi na oczy mocne okulary przeciwsłoneczne.
- Już rano? - zapytałem - Wszystkie okna są zasłonięte
- Tak, ale lepiej nie wychodź na słońce - powiedziała i pogłaskała mnie po głowie
Podszedłem do okna, które było szczelnie zasłonięte żaluzją.
- Nic mi nie będzie - stwierdziłem
Nie odpowiedziała. Zacząłem powoli zwijać żaluzję, odskoczyłem gdy promienie padły na moją skórę, a ta doznała brzydkiego oparzenia.
- Co się...? - urwałem
- Mówiłam, że lepiej będzie jak nie wyjdziesz na słońce - powiedziała zasłaniając ją z powrotem.
Zamilkłem, chciała bym się uczył na błędach skoro jestem taki uparty. Kiwnąłem tylko głową przyjmując to do wiadomości.
- A teraz chodź, trzeba to czymś posmarować by się szybko zagoiło - powiedziała chwytając mnie za rękę i ruszając do kuchni
Poszedłem nie stawiając żadnego oporu, ręka nieprzyjemnie piekła. Siadłem na krześle, a ona wyciągnęła jakąś maść i to posmarowała, zaraz przeszło.
- Co mi zrobiłaś? - zapytałem wprost
- Zmieniłam na lepsze - odpowiedziała
- Czyli?
- Teraz jesteś taki jak ja - powiedziała głaszcząc mnie po głowie
- Co?! - podniosłem głos
- Po co krzyczysz? Teraz będzie lepiej, sam zobaczysz - powiedziała
Nie odpowiedziałem. Powoli wstałem.
- Zawsze słońce będzie mnie parzyło? - zapytałem
- Nie, jak dorośniesz to przestanie - odpowiedziała pogodnie, chyba zadowolona, że rozmawiamy na ten temat - Nie jesteś głodny?
- Trochę... - stwierdziłem
Wzięła mnie za rękę i ruszyła na górę. Jeden z zamykanych na klucz pokoi. Otworzyła drzwi jakby nigdy nie były zamykane. Weszła do środka ciągnąć mnie za sobą i zamknęła drzwi. Na prześle siedział przywiązany jakiś mężczyzna. Spojrzałem na nią dość niepewnie.
~Chcesz pierwszy? - zapytała telepatycznie
Spojrzałem na niego i potrząsnąłem głową przecząco. Puściła mnie i sama podeszła, wgryzła się w jego szyję. Zapach krwi od razu mnie rozbudził. Z trudem się hamowałem by na nią nie rzucić.
~ Na pewno nie chcesz? - zapytała gdy schowała kły
Powoli ruszyłem w jej kierunku i... wszystko zmieniło się w białą plamę mimo, że pamiętam to świetnie.
~ Na pewno nie chcesz? - zapytała gdy schowała kły
Powoli ruszyłem w jej kierunku i... wszystko zmieniło się w białą plamę mimo, że pamiętam to świetnie.
Obudziłem się i od razu usiałem, widocznie zdążyłem już się wyleczyć. Nikogo nie było, więc wstałem i ubrałem się szybko. Ruszyłem do drzwi. Szkoda, że te przeklęte wspomnienia wróciły. Wolałbym je zapomnieć
Koniec
wtorek, 1 kwietnia 2014
Od Willow - Wspomnienia part 2
Siedziałam chwilę w ciszy. Myślałam o domu.
-I tak już tam nie wrócę!-oznajmiłam wojowniczo. Ucieczka z tamtąd to równocześnie najlepsze i najgorsze co zrobiłam w życiu. Zależy od punktu widzenia...
Wolałam mieszkać z watahą niż tam. Do narodzin mojego brata żyło mi się dobrze. Niestety tamten bachor przyszedł na świat i zepsuł absolutnie wszystko. Miałam wtedy sześć lat. Na początku nie mogłam się doczekać rodzeństwa, ale zamiast wszechobecnej radości przyszło ogromne przygnębienie. Dlaczego? Otórz mój brat urodził się chory. To spadło na nas jak grom z jasnego nieba, zupełnie niespodziewanie. Nie rozumiałam czemu nie mogę się z nim bawić, a nikt nie chciał mi tego wytłumaczyć. Rodzice zupełnie przestali się mną martwić. Liczył się tylko tamten dzieciak, którego nawet nie pozwolili mi zobaczyć. Musiałam oddać mu swój pokój i przenieść się do przegniłej klitki służącej dotychczas jako schowek na miotły. Niezbyt miłe? Ha! To był dopiero początek...
Zaczęto mnie traktować jak służbę. Harowałam niczym wół od świtu do zmierzchu. Musiałam codziennie sprzątać cały dom jakby nadchodziło Boże Narodzenie, gotować posiłki, z których dostawałam tylko resztki, ale też moje oceny musiały być perfekcyjne. W szkole wcale nie pomagali, wręcz przeciwnie. Zawsze tylko: "Tobie wszystko przychodzi z łatwością, taka jesteś dobra. Może pójdziesz na ten konkurs? Przecież nawet nie musisz się do niego uczyć!" albo: "Jakaś ty wesoła! Tyle się uśmiechasz. Chciałabym być tak jak ty, ale nie potrafię. Cały czas jestem zmęczona, w tej szkole tyle roboty dają!". Zdradzały mnie tylko podkrążone oczy...
Potem nadeszło najgorsze. Pewnego dnia zostałam zawołana przez rodziców na rozmowę. Już miałam nadzieję, że może jednak się zmartwili o mnie. Nic bardziej mylnego! Mama powiedziała wtedy bezbarwnym głosem:
-Potrzebujemy pieniędzy na lekarstwa dla twojego brata. Załatwiliśmy Ci pracę w pewnym lokalu. Jeśli się sprawdzisz, twój braciszek przeżyje.
-Co to za praca?-zapytałam, nerwowo patrząc na tatę. Odwrócił wzrok.
-Znasz dzielnicę, gdzie jest najwięcej czerwonych latarń? To tam- odpowiedział oschle. Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam.
-Nie...-wyjąkałam cicho.
-Co tam mruczysz?
-Nie zrobię tego...-szepnęłam nieco głośniej.
-Co proszę?
-Nie zrobię tego!-krzyknęłam podrywając się. Spojrzeli na mnie beznamiętnie.
-Owszem zrobisz. I pójdziesz tam jeszcze dziś. Chcesz mieć na sumieniu własnego brata?-odezwał się ojciec.
-Nawet nie wiem jak on wygląda! Jak ma na imię! Nic!-wrzasnęłam ze łzami w oczach.-I wiecie co?! Wolałabym żeby umarł! Mogłabym go sama zabić!
Po tych słowach otrzymałam potężny cios w twarz od matki. Potem kolejny, i jeszcze jeden, i jeszcze, aż wreszcie straciłam przytomność.
Obudziłam się w obcym miejscu z obcym facetem obok. Chyba właśnie skończył mnie rozbierać. Spróbowałam się poruszyć. Rozejrzałam się przerażona. Chciałam wstać i uciekać. Zorientowałam się, że to niemożliwe. Byłam przywiązana do łóżka.
-N-n-n-nie...-wyszeptałam cała się trzęsąc.-Nieee!!!
Wydarłam się na cały głos. Pokojem wstrząsnęła potężna fala. Więzy opadły. W pomieszczeniu rozpętało się piekło. Facet zaczął krzyczeć w panice. Potem ucichł, gdy ścisnęłam go za gardło. Udusiłam go bez mrugnięcia okiem.
-Nie pozwolę...-wyszeptałam ochryple.
Meble wokół płonęły. Założyłam leżące na podłodze ubrania. I podeszłam w stronę wyjścia. Nie czułam już nic, poza bezbrzeżną obojętnością. Wyrwałam drzwi z zawiasów kiwnięciem palca. Przeszłam przez salon nie zwracając uwagi na biegające dokoła i krzyczące w przerażeniu prostytutki. Za mną "szedł" ogień. Wszystko dokoła płonęło. Spojrzałam za siebie. Mój wzrok padł na lustro. Miałam nienaturalnie zielone oczy niczym dwa szmaragdy. Nigdy tak nie wyglądały. Owszem, normalnie były zielonkawe, lecz nie aż tak intensywnie.
-Chodź już stąd-powiedziałam do siebie zupełnie z nienacka. Był to zdecydowany, obco brzmiący głos. Posłuchałam go i odeszłam zostawiając płonący burdel za sobą.
Następnego dnia obudziłam się w swoim łóżku. Podbiegłam od razu do lusterka. Oczy miały zwykły zielonoszary kolor.
Przy śniadaniu rodzice zachowywali się normalnie. Czytali poranną prasę jak gdyby nigdy nic.
-N-no i jak z tą moją pracą?-zapytałam. Spojrzeli po sobie zdziwieni, potem matka odparła:
-O co Ci chodzi? To co zwykle. Masz odkurzyć cały dom, zmyć naczynia, wytrzeć półki, umyć okna i podłogę, zrobić obiad...-wyliczała jeszcze przez jakiś czas moje stałe obowiązki, które znałam na pamięć.
-Yyy...-zająknęłam się.-Wy nie pamiętacie nic, co nie?-wydusiłam wreszcie.
Nastąpiła niezręczna cisza.
-Aha! No tak!-odezwał sie ojciec.-Zrób jeszcze zakupy...-po czym wrócił do czytania gazety. Nagłówki informowały o pożarze w domu publicznym.
Najwyraźniej coś wykasowało im pamięć. Od tamtego czasu przestali być tak uciążliwi. Starczyło, że wypełniałam swoje obowiązki, a zostawało mi trochę czasu na odpoczynek. Wcześniej wymyślali najróżniejsze sposoby, żebym nie miała choćby chwilki wytchnienia. Mimo to zaczęłam się ich obawiać. Skoro byli gotowi iddać moje ciało byle komu za pieniądze, strach pomyśleć do czego byliby zdolni w ostateczności. Zawsze na myśl o nich, dostawałam gęsiej skórki. Na szczęście to już dawno za mną...
-I tak już tam nie wrócę!-oznajmiłam wojowniczo. Ucieczka z tamtąd to równocześnie najlepsze i najgorsze co zrobiłam w życiu. Zależy od punktu widzenia...
Wolałam mieszkać z watahą niż tam. Do narodzin mojego brata żyło mi się dobrze. Niestety tamten bachor przyszedł na świat i zepsuł absolutnie wszystko. Miałam wtedy sześć lat. Na początku nie mogłam się doczekać rodzeństwa, ale zamiast wszechobecnej radości przyszło ogromne przygnębienie. Dlaczego? Otórz mój brat urodził się chory. To spadło na nas jak grom z jasnego nieba, zupełnie niespodziewanie. Nie rozumiałam czemu nie mogę się z nim bawić, a nikt nie chciał mi tego wytłumaczyć. Rodzice zupełnie przestali się mną martwić. Liczył się tylko tamten dzieciak, którego nawet nie pozwolili mi zobaczyć. Musiałam oddać mu swój pokój i przenieść się do przegniłej klitki służącej dotychczas jako schowek na miotły. Niezbyt miłe? Ha! To był dopiero początek...
Zaczęto mnie traktować jak służbę. Harowałam niczym wół od świtu do zmierzchu. Musiałam codziennie sprzątać cały dom jakby nadchodziło Boże Narodzenie, gotować posiłki, z których dostawałam tylko resztki, ale też moje oceny musiały być perfekcyjne. W szkole wcale nie pomagali, wręcz przeciwnie. Zawsze tylko: "Tobie wszystko przychodzi z łatwością, taka jesteś dobra. Może pójdziesz na ten konkurs? Przecież nawet nie musisz się do niego uczyć!" albo: "Jakaś ty wesoła! Tyle się uśmiechasz. Chciałabym być tak jak ty, ale nie potrafię. Cały czas jestem zmęczona, w tej szkole tyle roboty dają!". Zdradzały mnie tylko podkrążone oczy...
Potem nadeszło najgorsze. Pewnego dnia zostałam zawołana przez rodziców na rozmowę. Już miałam nadzieję, że może jednak się zmartwili o mnie. Nic bardziej mylnego! Mama powiedziała wtedy bezbarwnym głosem:
-Potrzebujemy pieniędzy na lekarstwa dla twojego brata. Załatwiliśmy Ci pracę w pewnym lokalu. Jeśli się sprawdzisz, twój braciszek przeżyje.
-Co to za praca?-zapytałam, nerwowo patrząc na tatę. Odwrócił wzrok.
-Znasz dzielnicę, gdzie jest najwięcej czerwonych latarń? To tam- odpowiedział oschle. Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam.
-Nie...-wyjąkałam cicho.
-Co tam mruczysz?
-Nie zrobię tego...-szepnęłam nieco głośniej.
-Co proszę?
-Nie zrobię tego!-krzyknęłam podrywając się. Spojrzeli na mnie beznamiętnie.
-Owszem zrobisz. I pójdziesz tam jeszcze dziś. Chcesz mieć na sumieniu własnego brata?-odezwał się ojciec.
-Nawet nie wiem jak on wygląda! Jak ma na imię! Nic!-wrzasnęłam ze łzami w oczach.-I wiecie co?! Wolałabym żeby umarł! Mogłabym go sama zabić!
Po tych słowach otrzymałam potężny cios w twarz od matki. Potem kolejny, i jeszcze jeden, i jeszcze, aż wreszcie straciłam przytomność.
Obudziłam się w obcym miejscu z obcym facetem obok. Chyba właśnie skończył mnie rozbierać. Spróbowałam się poruszyć. Rozejrzałam się przerażona. Chciałam wstać i uciekać. Zorientowałam się, że to niemożliwe. Byłam przywiązana do łóżka.
-N-n-n-nie...-wyszeptałam cała się trzęsąc.-Nieee!!!
Wydarłam się na cały głos. Pokojem wstrząsnęła potężna fala. Więzy opadły. W pomieszczeniu rozpętało się piekło. Facet zaczął krzyczeć w panice. Potem ucichł, gdy ścisnęłam go za gardło. Udusiłam go bez mrugnięcia okiem.
-Nie pozwolę...-wyszeptałam ochryple.
Meble wokół płonęły. Założyłam leżące na podłodze ubrania. I podeszłam w stronę wyjścia. Nie czułam już nic, poza bezbrzeżną obojętnością. Wyrwałam drzwi z zawiasów kiwnięciem palca. Przeszłam przez salon nie zwracając uwagi na biegające dokoła i krzyczące w przerażeniu prostytutki. Za mną "szedł" ogień. Wszystko dokoła płonęło. Spojrzałam za siebie. Mój wzrok padł na lustro. Miałam nienaturalnie zielone oczy niczym dwa szmaragdy. Nigdy tak nie wyglądały. Owszem, normalnie były zielonkawe, lecz nie aż tak intensywnie.
-Chodź już stąd-powiedziałam do siebie zupełnie z nienacka. Był to zdecydowany, obco brzmiący głos. Posłuchałam go i odeszłam zostawiając płonący burdel za sobą.
Następnego dnia obudziłam się w swoim łóżku. Podbiegłam od razu do lusterka. Oczy miały zwykły zielonoszary kolor.
Przy śniadaniu rodzice zachowywali się normalnie. Czytali poranną prasę jak gdyby nigdy nic.
-N-no i jak z tą moją pracą?-zapytałam. Spojrzeli po sobie zdziwieni, potem matka odparła:
-O co Ci chodzi? To co zwykle. Masz odkurzyć cały dom, zmyć naczynia, wytrzeć półki, umyć okna i podłogę, zrobić obiad...-wyliczała jeszcze przez jakiś czas moje stałe obowiązki, które znałam na pamięć.
-Yyy...-zająknęłam się.-Wy nie pamiętacie nic, co nie?-wydusiłam wreszcie.
Nastąpiła niezręczna cisza.
-Aha! No tak!-odezwał sie ojciec.-Zrób jeszcze zakupy...-po czym wrócił do czytania gazety. Nagłówki informowały o pożarze w domu publicznym.
Najwyraźniej coś wykasowało im pamięć. Od tamtego czasu przestali być tak uciążliwi. Starczyło, że wypełniałam swoje obowiązki, a zostawało mi trochę czasu na odpoczynek. Wcześniej wymyślali najróżniejsze sposoby, żebym nie miała choćby chwilki wytchnienia. Mimo to zaczęłam się ich obawiać. Skoro byli gotowi iddać moje ciało byle komu za pieniądze, strach pomyśleć do czego byliby zdolni w ostateczności. Zawsze na myśl o nich, dostawałam gęsiej skórki. Na szczęście to już dawno za mną...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

